

poprzynudzam dziś trochę. dawno tego nie robiłam więc poprzynudzam, a co mi tam. powrót do domu po długim łikendzie do najłatwiejszych nie należy, zwłaszcza jeśli łikend trwał sześć dni (licząc razem z jutrem i nadchodzącym łikendem - dziewięć). nadal nie mam zdjęć. tylko kilka. architektura, ale w tym temacie nie czuję się za dobrze. u góry hala targów w Parku Ludowym, u dołu kawałek szkoły muzycznej. nic więcej jakoś mi nie wyszło z ostatniego pleneru-spaceru z Dawidem. no, może jeszcze tylko kot w zaroślach, ale to nie nadaje się na stronę główną bo właściwie kota tam prawie nie widać (chociaż pewną wartość sentymentalną to ma, nie powiem…).
byliśmy na nocnej premierze 007 Quantum of Solace. podobało mi się, ale nie odleciałam z radości. po pierwsze - film za krótki. po drugie - mało bondowski, jakiś taki ‘zbabiały’. po trzecie - zabrakło tradycyjnej gadki Jamesa. zdecydowanie bardziej przypadło mi do gustu Casino Royale sprzed dwóch lat. mimo wszystko jednak muszę przyznać, że Craig był boski - brzydki i zły jak zawsze, mrau ;)
zaliczyłam też przy okazji Piłę V - jedyny film, na którym byłam w kinie i którego kompletnie nie widziałam, bo prawie przez cały czas miałam zamknięte oczy. do tej pory widzę scenę, w której czyjaś głowa rozpryskuje się jak arbuz… Rec za to bardzo mi się podobał.
wróciłam do domu i zaczęłam gadać. najpierw skierowałam strumień werbalny w stronę ojca, który już po dziesięciu minutach zaczął spoglądać nerwowo na zegarek i w końcu wysłał mnie na górę, żebym sobie trochę w internecie posiedziała i dała mu spokój. cóż, szkoda. w końcu nieczęsto się zdarza, żebym miała tyle do powiedzenia na temat gramatyki historycznej języka angielskiego. nadawałam też trochę babci, ale babcia ma seriale i jakoś tak wyszło, że nie miała czasu mnie słuchać. a kiedy mi rodzicielka z pracy wróciła to znów się włączyłam, ale tym razem jakoś nie miałam zbyt wiele do powiedzenia (ile można mówić o gramatyce historycznej!), więc w końcu każda z nas poszła w swoją stronę - ja na górę, ona spać. myślę, że jutro już wrócę do normy i znów będę cicha i małomówna. oby.
szykuje mi się półmetek. i praktyki, na których mam przeprowadzić badanie socjometryczne i już sama myśl o tym ścina mi krew w żyłach, bo przecież wszyscy wiedzą, że dzieci nie znoszę (z wzajemnością zresztą). poza tym duże skupiska dzieci wzbudzają we mnie autentyczny strach. byle tylko nie trafić do gimnazjum, bo to już byłby totalny armagedon. w wielkiej desperacji może się nawet pomodlę w tej intencji, kto wie… na razie koniec przynudzania - trzeba się brać za poszukiwania materiałów do prezentacji na R&D. znikam. pyk.
11 komentarze/y
Kategoria: tekst, miasto, lublin, cyfrowo Tagi: architektura, nikon d80, park ludowy
Zapisz wpis/bookmark this post: del.icio.us, ma.gnolia, stumbleupon, technorati, google, wykop






